„Moje życie jest moje” – recenzja krytyczna

Napisanie recenzji książki “Moje życie jest moje” Remigiusza Ryzińskiego było jednym z ważniejszych katalizatorów powstania tego bloga. TL;DR i jednocześnie spoiler alert: ta książka jest bardzo, bardzo zła. Dlaczego? Istnieje co najmniej 10 powodów.

Książka z tezą, recenzja z tezą

Zanim przejdę do zaprezentowania listy moich zastrzeżeń, zrobię jeszcze krótkie wprowadzenie. Na kartach książki spotykamy siedemnaścioro bohaterów, przy czym dla wygody traktuję pary jako jedność, oraz historię samego autora. Jestem: 1) biseksualną 2) swingerką 3) uległą 4) matką 5) żoną 6) kobietą i pomimo znacznej przewagi bohaterów płci żeńskiej nie znalazłam żadnej postaci, z którą choćby po części mogłabym się identyfikować. Dlaczego? O tym właśnie opowiem poniżej.

Powód pierwszy – przerysowanie

“Mam jedną pierdoloną schizofrenię

Zaburzenia emocjonalne, proszę puść to na antenie”  

Paktofonika „Jestem Bogiem”

Seks to rzecz trudna do uchwycenia i zdefiniowania. W naszej kulturze jest tabuizowany i cenzurowany na wiele sposobów, a z drugiej strony atakuje nas niemal na każdym kroku. Seks wiąże się z wieloma aspektami naszego życia: władzą, emocjami, związkami, wstydem, reputacją, płcią i jeszcze co najmniej kilkoma innymi. Seks jest też biologią. Jest to jeden z najbardziej pierwotnych instynktów. To wszystko sprawia, że chcemy o nim czytać, chcemy wiedzieć jak inni TO robią. I tutaj wchodzi Remigiusz Ryziński cały na biało. Tylko czy aby na pewno?

Już od dawna jestem przekonana, że nikt nie jest w 100% “normalny”. Każdy z nas ma swoje dziwactwa, nietypowe przekonania i zachowania. Nie zmienia to jednak faktu, że przy tych wszystkich delikatnych odchyłach można przynajmniej spróbować pokusić się o poppsychologiczną definicję dojrzałego dorosłego. Dla mnie to osoba, która nie jest zależna od innych (również emocjonalnie), żyje w zgodzie ze sobą, nie robiąc krzywdy sobie i innym. Nie jest też osobą po traumie, ewentualnie tę traumę przepracowała. Tacy ludzie są nudni. Wiem. I pewnie dlatego na kartach książki “Moje życie jest moje” znalazło się miejsce tylko dla czwórki takich bohaterów (wliczając w to autora). 

Czyje historie dostajemy w zamian? Mamy tu zgwałconą dwukrotnie dziewczynę, która marzy o gang bangu. Mamy geja, który zatracił się w świecie seksu i narkotyków, bo sądził, że jako gej nie może zbudować stałego związku. Mamy dziewczynę, która sypia z każdym tylko raz, bo małżeństwo lub związek to chipsy i bąki na kanapie. Mamy innego geja, który wymyślił swoje żeńskie alter ego, żeby sypiać z heterykami i teraz uprawia seks tylko w ten sposób. To wszystko są oczywiście bardzo ciekawe historie, ale zupełnie NIEREPREZENTATYWNE dla tematu.

Powód drugi – seks uzależnia

Autor i okładka obiecują nam podróż po niestandardowym seksie Polaków. Brakuje jednak ostrzeżenia, że seks jest mroczny, niebezpieczny i uzależnia. Ryziński w swojej książce opisuje układy dziwne i ryzykowne. Historie par swingerskich to historie ludzi, którzy imprezują nawet kilka razy w tygodniu! Pokażcie mi dorosłe małżeństwo z dziećmi, które ma czas na imprezy kilka razy w tygodniu?! Wiem, dowód anegdotyczny, ale ja takich ludzi nie znam. Książka pełna jest bohaterów, dla których seks jest problemem. Oczywiście, oni sami będą się upierać, że jest raczej rozwiązaniem… ale come on… Jeśli facet jedzie na festiwal i opuszcza wszystkie koncerty, żeby się ruchać, to ja tu widzę problem.

Takich trudnych historii jest tu co najmniej kilka. Po lekturze pozostało mi przemożne wrażenie, że większość bohaterów to ludzie głęboko nieszczęśliwi. Mają jakąś skazę lub problem, który próbują naprawić seksem. Sami powiedzcie, czy to się może dobrze skończyć? Nieważne, czy do naprawiania siebie używamy seksu, zakupów, pracy, alkoholu, czy narkotyków. To nie jest dobra ścieżka.

Tej refleksji w książce brakuje. Zostajemy więc z przekonaniem, że seks to bagno, które wciąga. Że wychodzenie poza schemat – “w sobotę pod kołdrą” to bardzo grząski grunt i lepiej na to uważać.

Powód trzeci – seks to nie życie, życie to nie seks

Konsekwencją tego, co opisałam powyżej jest fakt, że życie większości bohaterów kręci się wokół seksu. Powiecie, ok gdyby tak nie byłoby, nie zostaliby bohaterami książki na ten temat. Dobrze, po części kupuję ten argument. Ale wiecie, ja zawsze ma jakieś ale. Z czym mam problem w tym wypadku? Czy tacy ludzie na pewno stanowią większość środowiska “seksopozytywnego”?

W książce jest scena, w której Emma jest zniesmaczona, bo jej znajoma nie ma ochoty słuchać o swingu. Czy Emma tak chętnie słuchałaby opowieści o majsterkowaniu, podróżach, szydełkowaniu lub innej zupełnie niekontrowersyjnej pasji? Tych samych bohaterów możemy później zobaczyć zaskoczonych, że impreza urodzinowa u koleżanki swingerki nie przerodziła się w kolejne swing party. Wow! Oni mają życie poza seksem, jak tak w ogóle można?!

Czy seks może być sposobem na życie? “Moje życie jest moje” twierdzi, że jak najbardziej. Czy to dobry sposób? Ośmielę się bardzo wątpić.

Żeby nie wyjść tutaj na oceniającą i traktującą ludzi z góry. Znam to z autopsji. Miałam w swoim życiu epizod, kiedy uwodzenie kolejnych mężczyzn było dla mnie szalenie ważne. Teraz wiem, że nie był to dla mnie dobry czas.

Powód czwarty – dziwki i madonny

Emma i Karol bardzo kochają Jasia. Wychowują go zgodnie, chociaż to ojciec opiekuje się nim chętniej – poświęca mu więcej uwagi i czasu. Matka pogłaszcze, przytuli, porozmawia. Pójdą na obiad do restauracji. Obejrzą film w telewizji, ale na plac zabaw czy do wesołego miasteczka chodzą tata z synem. Raz wybrali się w trójkę na Powązki. (…) Emma poszła, bo był Dzień Dziecka. Normalnie woli zostać w domu sama. Odpocząć, zadzwonić do kogoś, pospać.

Co widzicie czytając ten fragment? Zła matka. Egoistka. Jaka matka nie lubi spędzać czasu ze swoim dzieckiem? Dlaczego Emma taka jest? Oczywiście dlatego, że lubi seks. 

Skoro bohaterów tak bardzo zaprząta seks, to nie ma w ich życiu miejsca na inne role. Pamiętam szok jaki przeżyłam jako dwudziestolatka, kiedy dowiedziałam się, że ludzie dzieciaci swingują. Przecież ich życie seksualne powinno się już dawno zakończyć! Prawda? Gówno prawda!

Swingersi to ludzie. Po prostu. Bardzo różni ludzie. Na imprezach można spotkać pary w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Opisywanie tego środowiska przez pryzmat ludzi opętanych seksem i zniechęconych do stabilizacji uważam za szalenie niesprawiedliwe. Moim zdaniem Remigiusz Ryziński zapędził się tu bardzo mocno w stereotyp dziwki i madonny. A może to znów kwestia doboru bohaterów. Dlaczego autor nie zadał sobie trudu znalezienia pary, która swing traktuje jako przyprawę do ogólnie udanego życia? Czy nie byłaby to wystarczająco interesująca historia? Wy mi powiedzcie.

Swoją drogą żartowaliśmy z Tomkiem, że trzeba zorganizować swingers party z opiekunką dla dzieci w cenie. Myślicie, że by chwyciło? 😉

Powód piąty – sushi na zgodę, zgoda na sushi

Jakie jest najważniejsze słowo w seksie? Zwłaszcza w seksie “niestandardowym”. Przyjemność? Akceptacja? Ciekawość? Wszystko ok i każde z tych słów by się nadało, ale tylko w obecności tego najważniejszego, czyli “zgoda”. Bez świadomej zgody obu stron nie ma seksu. Od tej zasady nie ma wyjątków. A tymczasem co widzimy u Ryzińskiego? To magiczne słowo nie pada na kartach książki ani razu! Dostajemy za to pieprzną historyjkę o tym, jak Olga (swingerka) była modelką body sushi w klubie “Usta”.

W wypełnionych kostkami lodu wiaderkach chłodzi się wódka. Wszyscy piją na kieliszki, a na zagryzkę jest sushi. Po ciele Olgi spływa sos sojowy, rozłożone są na nim różowe płatki imbiru, rozmazuje się zielone wasabi. Niektórzy całują ciało, inni biorą sushi w palce, dotykając przy okazji skóry Olgi i ją pieszcząc. Najpierw znikają kawałki ze wzgórka łonowego. Olga rozchyla nogi, ktoś liże wnętrza jej ud. Wszyscy są zachwyceni, ona też. Jest podniecona, mimo niewygody i ograniczonych możliwości stara się reagować na bodźce. To wspaniałe uczucie, kiedy jest się wielbioną, podziwianą, pieszczoną i stymulowaną przez tak wiele osób naraz. Ktoś kciukiem przesuwa po jej łechtaczce, ktoś inny trzyma w palcach sutek. Jakaś kobieta odsuwa z jej policzka kosmyk włosów, jednocześnie głaszcze płatki uszu Olgi. Mężczyzna rozlewa na jej rękę kieliszek wódki i całuje, zlizuje językiem i pieści wargami wnętrze jej dłoni, nadgarstek, potem wyżej, aż do zgięcia łokcia. Delikatnie całuje to miejsce, ssie i szybkimi ruchami języka drażni receptory skórne. Olgę przeszywają dreszcze. Powieki opuszczają się, a oczy robią wilgotne – z uniesienia aż chce się jej płakać. Seans trwa długo, doznania są intensywne, a jednak utrzymane w półśnie, półżarcie. Na końcu Olga otrzymuje oklaski i znika w łazience. Kilka minut później idzie na piętro, gdzie dołącza do innej zabawy. Może teraz krzyczeć. Oddaje zebraną wcześniej energię. Wreszcie szczytuje, kończąc swoją wielogodzinną orgię.

Niby fajnie, ale czy podczas tej “wielogodzinnej orgii” Olga mogła komuś odmówić? Powiedzieć, że jakaś pieszczota jej nie pasuje? Że któryś z partnerów lub partnerek jej nie pociąga, że nie życzy sobie tego dotyku? No raczej nie. Jak się nazywa seks, w którym nie można odmówić? Wiecie, jest takie brzydkie słowo na “g”. 

Tak, jasne. Możemy się umówić, że to był ten szczególny rodzaj zabawy, czyli “consensual non consent”, tylko czy aby na pewno? I czy skoro tak, to nie wypadałoby tego jakoś zaznaczyć w książce? Z opisu powyżej może wynikać, że jak już kobieta idzie do klubu to jest chętna na wszystko i ze wszystkimi. Pytać nie trzeba. Chcecie się bawić w takich klubach?

Powód szósty – nagość (nie) zawsze oznacza seks

Temu tematowi należy się tak naprawdę osobna notka, która mam nadzieję wkrótce powstanie. Tymczasem jednak, pozwólcie, że nakreślę problem. W Polsce mamy kompletnie porąbany stosunek do nagości. Nagość jest podejrzana, bo nagość = seks. Stąd panika moralna przy okazji wszelkich nocy naturystów na pływalniach publicznych, bo dzieci nam seksualizują. Stąd w saunach ludzie, którzy przesiadują w strojach kąpielowych. I stąd wreszcie zawijanie się w ręcznik i dzikie wygibasy pod nim w basenowych szatniach. Boimy się w Polsce nagości jak zarazy, a potem płaczemy, że nastolatki mają nierealny obraz ciała. Logiczne, prawda?

Plaże naturystów to miejsca, gdzie bez skrępowania i kontekstu erotycznego można przebywać zupełnie nago. Nie wierzycie? Zobaczcie, co na ten temat pisze Proseksualna. Ale nie u Ryzińskiego. U niego plaże naturystów to kluby swingersów na wolnym powietrzu. A to jest po prostu złe. Raz, że jest to nieprawda. Dwa, jest to nieprawda bardzo szkodliwa, bo utrwala erotyczne nacechowanie nagości. Są kultury, w których chodzenie nago do sauny należy do zwyczajnych czynności higienicznych, a nagie opalanie jest po prostu przyjemnością.Tomek ma koleżankę z Estonii, która była wręcz zdziwiona, że saunę można kojarzyć z seksem. Dlaczego my w Polsce musimy podchodzić do tego inaczej? Dlaczego zgadzamy się na powtarzanie szkodliwych mitów. Czy są one aż tak głęboko zakorzenione w autorze, że sam ich nie widzi?

Powód siódmy – świat w homozwierciadle

Dużo się ostatnio słyszy i czyta o tym, że żyjemy w heteromatriksie. O tym, że pewne zachowania są dla nas zupełnie przezroczyste u osób hetero, a stają się nagle problemem u osób homo. Bardzo się cieszę, że zaczyna się to przebijać do powszechnej świadomości.

Książka ”Moje życie jest moje” daje nam za to wgląd w świat seksu z punktu widzenia geja. Niestety nie jest powiedziane wprost i jest na tyle subtelne, że chyba nie każdy to sobie uświadomi. Mnie w każdym razie zajęło to dobrą chwilę. Wtedy z większym zrozumieniem podeszłam na przykład do tego stwierdzenia, które tak uderzyło Luizę ze Swing with Me:

Seks ma tutaj bardzo schematyczny przebieg: zaczyna się od ssania penisa, które trwa kilka minut. Potem jest lizanie cipki, też kilka minut. Następuje penetracja, najczęściej waginalna, ona na dole, on na górze. Następnie on kładzie się na materacu, a ona znów ssie, liże mu jądra, masturbuje lub pozwala jemu się masturbować.

Kiedy ja zobaczyłam ten fragment zaczęłam się zastanawiać, co według autora można jeszcze zrobić nie wchodząc przy tym w kink. Później dotarło do mnie, że być może ma on po prostu niewielkie doświadczenie w temacie o seksu heteroseksualnego. Przyznaję, gdybym miała opisać akt miłosny pomiędzy dwoma mężczyznami, miałabym z tym niemały problem. 

Ta homosoczewka ma jeszcze jeden skutek. Odnoszę wrażenie, że akty homoseksualne są przez autora opisywane z większą czułością. Nawet w kilkudniowej chemseksowej orgii jest on w stanie odnaleźć coś z piękna i poezji, podczas gdy w jego oczach seks swingerski to po prostu: possij, poliż, powsadzaj, possij i już. 

Wiadomo, że każdy z nas filtruje świat przez swoje własne doświadczenia, ale mam problem, kiedy autor we wszystkich wywiadach podkreśla, że starał się oddać głos bohaterom, a tymczasem okazuje się być mistrzem drugiego planu.

Powód ósmy – stereotypy

Oglądanie świata przez homoseksualną soczewkę nie przeszkadza autorowi zaludnić kart swojej książki najbardziej ogranymi stereotypami. Wspomniałam już o matce swingerce, która przedkłada seks nad macierzyństwo. Dalej mamy tancerkę w klubie nocnym, która w głębi serca marzy o założeniu rodziny. Później dziewczynę porzuconą w dzieciństwie przez ojca, która teraz zmienia partnerów jak rękawiczki. A na deser trzech uzależnionych od seksu gejów i lesbijkę, która niby te stereotypy ośmiesza, ale tak na prawdę je potwierdza. Obrazki dotyczące środowiska BDSM już litościwie pominę. Oto my. Oto pejzaż polskiego seksu według pana Ryzińskiego.

Powód dziewiąty – dominujący Tadeusz w klimacie

Na koniec zostawiłam sobie małą prywatę. Przypomnijcie sobie Tadeusza z ostatniego rozdziału.

Tadeusz (…) ma głos, który zmusza do słuchania. (…) Ludzie, którzy rozmawiają z Tadeuszem, poznają go i z nim przebywają, ulegają mu w sposób najzupełniej naturalny. 

My także mamy profil na Zbiorniku, a półtora roku temu (a więc na długo przed wydaniem książki) trafiliśmy na profil Tadeusza. Nawet staraliśmy się o dołączenie do jego grupy. I wiecie co? Tak jakoś wyszło, że po spotkaniu na żywo z nim i Sylwią przestaliśmy się starać. Nasi znajomi kojarzą go jako typa, który założył skórzaną kurtkę na skórzaną marynarkę. Rozumiecie… Taaaaaki macho. On musi jeść mięso, bo mężczyźni jedzą mięso itd. itp. Ale w porządku, nie wszyscy muszą lubić wszystkich. Choć przyznam, że we mnie Tadeusz obudził raczej instynkt morderczyni niż uległość.

Żeby jednak ograniczyć wycieczki osobiste, bo to jednak nieeleganckie, chciałabym Wam opowiedzieć o czymś innym. Tadeusz chwalił się na naszej randce i chwali się w książce praktykowaniem zaawansowanego shibari. Jest tutaj tylko jeden malutki problemik – BHP. Tomek niewinnie zapytał, jak zapewnić bezpieczeństwo osobie wiązanej. Usłyszeliśmy, że się nie da, że to po prostu ryzykowna zabawa. Do tego anegdotka jak to „jeden koleś po sesji ze mną to się ponad rok leczył u neurologa”.

Nie wiem, jak Wy, ale ja w to nie wchodzę. Nasz pierwszy kontakt z BDSM to imprezy w klubie Vodoo i niezawodny przewodnik Blachy po BHP. Może taki macho jak Tadeusz również powinien się tam przejść? Ciekawi mnie też, dlaczego nie pofatygował się tam autor. Dlaczego nie spróbował dotrzeć choćby do GanRaptora, który na wiązaniu zna się jak mało kto. A przy okazji byłby ciekawym przełamaniem stereotypu, że seks kończy się po trzydziestce. (GanRaptor wygląda jak dziadek z reklamy cukierków, a robi takie rzeczy…) Ale nie. Autor spotkał się z Tadeuszem. I choć w tekście pada akurat sporo stwierdzeń, które są całkiem sensowne, to ja nie jestem w stanie pozbyć się sprzed oczu widoku faceta, z którym byłam na jednej z gorszych randek w życiu. Tutaj widać zalety randkowania w parach – przy stoliku jest przynajmniej jedna osoba, która Cię rozumie 😉

Powód dziesiąty – to się dobrze czyta 

Zapytacie, jaki w tym problem? W końcu czytanie powinno sprawiać przyjemność. True to that. Jest tu jednak haczyk. W tym wypadku kryje się on w treści, którą tak świetnie się czyta. Treści, którą z pozostałych dziewięciu powodów uważam za bardzo szkodliwą. Być może, gdyby warsztat pisarski kulał, książka miałaby mniejszy zasięg i tym samym mniejszy potencjał wyrządzania realnych szkód. Tymczasem w warstwie językowo- stylistyczno-beletrystycznej jest to naprawdę przyjemna lektura. Wciągająca w dodatku.

Wciągająco przeprowadza nas przez korowód szkodliwych stereotypów. I to wszystko pod egidą wydawnictwa Czarne i redakcją Łukasza Najdera.

Podsumowanie

Gdyby to nie było Czarne, gdyby to nie był Najder to płakałabym ciszej (i może wypłakałabym mniej niż te 6 stron tekstu). Wydawnictwo Czarne kojarzy mi się z literaturą najwyższej klasy i szczerze mówiąc dużą część swojego światopoglądu opieram na rzeczach, które przeczytałam u nich. Czy to znaczy, że mój światopogląd jest tak samo z dupy, jak zawartość “Moje życie jest moje”? 

Autor pisze w posłowiu, że “Takie są między innymi fantazje moich bohaterek i bohaterów. Taka jest Polska dziś”. Kiedy to czytam, czuję się tak samo, jak wtedy, kiedy obserwuję uczestników Marszu Niepodległości skandujących “Tu jest Polska!”. Jeśli tam jest Polska, to gdzie ja żyję?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *